Józef Tusk i inni. Każdy swoje przeżył

1 września 1939 roku, gdy Niemcy szukali Polaków i metodycznie penetrowali wszystkie domy, Franciszek Dawidowski schował się w studni. Mieszkali w Sopocie przy Heinrichs Allee, dziś Jana z Kolna.

1 września 1939 roku, gdy Niemcy szukali Polaków i metodycznie penetrowali wszystkie domy, Franciszek Dawidowski schował się w studni. Mieszkali w Sopocie przy Heinrichs Allee, dziś Jana z Kolna. A ulicą jechała ciężarówka, którą hitlerowcy wieźli wyciągniętych z domów Polaków, księdza Rogaczewskiego między innymi, w samej bieliźnie tylko…
****

Kuzynka Donalda Tuska, Sylwia Pietrzykowska mieszkała z dziadkiem Józefem aż do jego śmierci.
W pokoju, w którym teraz jest sypialnia, była pracownia dziadka. Tu robił i naprawiał skrzypce. Jakie to musiały być fantastyczne skrzypce, skoro zamawiał je Andrzej Kulka! Dla Maryli Rodowicz, Czesława Niemena i Seweryna Krajewskiego Józef Tusk robił akustyczne gitary. Pani Sylwia pamięta, jak któregoś dnia wpadł Niemen prosząc: - Panie Józiu, pan mi jeszcze duszę ustawi! I zaśpiewał im wtedy „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”.
Przemek Dyakowski, znany saksofonista jazzowy, też bywał w pracowni Józefa Tuska. Przychodził tam z kolegą kontrabasistą. – To był jedyny lutnik z prawdziwego zdarzenia w Trójmieście – mówi. – Kulturalny i spokojny starszy pan.
- Jaka szkoda - mówi Sylwia - że dziadek nie dożył epoki płyt kompaktowych. Bardzo lubił słuchać muzyki, szczególnie koncertów skrzypcowych. Ale podobała mu się i muzyka rozrywkowa.
Na jego imieniny zjeżdżała się do Sopotu cała rodzina, rozkładano stół w dużym pokoju, dziadek i wujek Buni grali na skrzypach, Lola na fortepianie… W niedzielę jeździli czasem statkiem z Sopotu do Gdańska, jedli obiad „U Kubickiego”.
O obozach nie opowiadał. Kiedyś wspomniał o tym, jak znalazł cebulę, która była cennym źródłem witamin, innym razem, że przeżył dzięki swoim zdolnościom, bo raz namalował jakiś obraz, innym razem zrobił szachy i meble.
- A o Wehrmachcie mówił? – pytam, bo to właśnie Sylwia Pietrzykowska podczas prezydenckiej kampanii wyborczej poinformowała dziennikarza, że o tym wiedziała.
- Coś tam słyszałam, ale chyba raczej od mamy, a mama może od babci.
Mama Sylwii, Eleonora Gurkowska mieszka od stanu wojennego pod Duseldorfem, ale niebawem ma przyjechać na urodziny swego brata, Rajmunda Tuska.
Czekamy.
***

- Gdy tylko ukazały się w prasie informacje o teściu, zatelefonowałam do Loli, matki Sylwii i zapytałam, czy to prawda – opowiada mama Donalda Tuska, pani Ewa. - Lola potwierdziła, że istotnie, w 1944 został wcielony do Wehrmachtu. To był dla nas szok! Nigdy o tym w rodzinie się nie mówiło, ale Lola mieszkała z rodzicami, więc rzeczywiście mogła wiedzieć coś więcej.
- My też oczywiście bywaliśmy w Sopocie, szczególnie w czasach, gdy żyła teściowa, bo to ona zbierała rodzinę. W niedziele zapraszała wszystkich na obiady, czasem też wstępowałam do niej, wracając z dziećmi z plaży przy Łazienkach Północnych. Po jej śmierci, a zmarła w 1970 roku, rodzina już tak często się nie spotykała. Tym bardziej, że mój mąż chorował na serce. To było zwężenie zastawek. Z roku na rok czuł się coraz gorzej, w końcu przestał wychodzić z domu, bo wejście na trzecie piętro przerastało jego siły. Zmarł w roku 1972 mając czterdzieści dwa lata. Donek był wówczas w ósmej klasie szkoły podstawowej. Z czasem wyszłam po raz drugi za mąż. Kontakty z „Sopotem” siłą rzeczy się rozluźniły.
***

Tu, w Gdańsku, nic nie było proste, ani jednoznaczne.
Każdy swoje przeżył.
- Mój ojciec, Franciszek Dawidowski był Polakiem, mama - Niemką – mówi pani Ewa. - Ojciec mamy, Albert Liebke, zginął podczas pierwszej wojny światowej w Rosji. Brat mamy zginął podczas drugiej wojny światowej też w Rosji, nawet niedaleko tego miejsca, w którym poległ jego ojciec. Mama przed wojną roznosiła polskie ulotki, które drukował ojciec. Dowiedziałam się o tym dopiero po jego śmierci!
1 września 1939 roku, gdy Niemcy szukali Polaków i metodycznie penetrowali wszystkie domy, Franciszek Dawidowski schował się w studni. Mieszkali w Sopocie przy Heinrichs Allee, dziś Jana z Kolna, mniej więcej naprzeciw pałacyku, w którym potem przez lata mieścił się szpital przeciwgruźliczy. Więc Franciszek siedział w studni, a ulicą jechała ciężarówka, którą hitlerowcy wieźli wyciągniętych z domów Polaków, księdza Rogaczewskiego między innymi, w samej bieliźnie tylko… Ewa stała z babcią na ulicy i babcia płakała.
A ojciec przez tydzień siedział w tej studni i Ewa, ukochana córeczka tatusia, spuszczała mu jedzenie na sznurku. W końcu musiał wyjść. Skierowano go na przymusowe roboty do stoczni, chodził z literą „P” na piersiach. Potem wysłano go na roboty do Kętrzyna...
Gdy wrócił w 1945 roku, zgarnęli go Rosjanie. Trafił do pociągu jadącego na Wschód.
- Nas z mamą i innymi mieszkańcami Sopotu Rosjanie wypędzili w okolice Chwaszczyna. Koczowaliśmy na zaśnieżonym polu, ogrodzeni kolczastym drutem. Było potwornie zimno, choć to był już początek kwietnia.
Siedzieli na walizkach na tym polu, i czekali, nie wiadomo na co. Mama Ewy, jak inne kobiety, topiła śnieg nad świeczką i dawała dzieciom pić.
Kobiety brudziły sobie sadzą twarze, garbiły się i kaszlały, żeby zniechęcić żołnierzy Armii Czerwonej. Nie zawsze to pomagało.
Wreszcie ich wypuszczono: - Możecie wracać do domów! Szli przez las, z dziećmi, tobołkami, walizkami, szli, ale nie wiedzieli, do czego właściwie wracają… Co się stało z ich mężami i ojcami?
Małe dzieci płaczą, starcy się potykają i przewracają, a Ewa widzi, że z przeciwka idzie jakiś człowiek.
- Tatuś! – krzyczy. - Tatuś!!!
W okolicach Kartuz udało mu się uciec z wagonu.
W Oliwie znowu zatrzymują ich Rosjanie.
- Jestem Polakiem! - mówi Franciszek Dawidowski i pokazuje dokument z literą „P”.
***

- Dla mnie to wszystko jest niepojęte – mówi Sonia, siostra Donalda Tuska. – Dziadek Józef był dla nas ważną osobą, ikoną. To nie był taki dziadunio, który bierze wnuczkę na kolana i opowiada bajki. Choć zrobił mi kiedyś przepiękną kołyskę dla lalki. Był gdzieś wysoko, w chmurach… Czuliśmy dystans. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, ile przeszedł, ile wycierpiał. Może właśnie dlatego tak niewiele mówił. Był polskim gdańszczaninem, wrogiem Hitlera. Po wojnie wrócił do Polski, bo czuł się Polakiem.
***

Jadę do Sopotu do pani Stefanii Koziarowskiej. Gospodyni pokazuje mi starannie przechowywane listy sprzed sześćdziesięciu lat. Pisał je najmłodszy brat jej matki, Alfons Kruczyński, w rodzinie zwany Aziem.
Ale najpierw oglądamy zdjęcie.
Kartuzy, rok 1929. Świat jest jeszcze w miarę normalny, przed domem kupca Brunona Kruczyńskiego, w jego odkrytym chevrolecie siedzą: za kierownicą syn Brunona Leon, obok brat Leona, dziesięcioletni Azio, czyli Alfons, w bluzie z marynarskim kołnierzem, na tylnym siedzeniu – ich siostra Gertruda-Ewa z narzeczonym Maksymilianem Cygalskim i bratem Maksymiliana Teodorem. Jest piękne czerwcowe popołudnie, młodzi są roześmiani, zadowoleni, może jadą na wycieczkę za miasto, może wrócili z odwiedzin u krewnych.
Dziesięć lat później, we wrześniu 1939 roku Maksymilian Cygalski, mąż Gertrudy-Ewy będzie bronić Poczty Polskiej w Gdańsku. Rozstrzelają go Niemcy i pochowają w bezimiennej mogile na Zaspie. Brunonowi Kruczyńskiemu zabiorą sklep, warsztat naprawy maszyn rolniczych i dom. Pani Kruczyńska za swoje własne mieszkanie będzie musiała im płacić czynsz.
- Chce pani wiedzieć, jak wyglądał wrzesień 1939 roku w Kartuzach? – pyta pani Stefania Koziarowska, wnuczka Brunona Kruczyńskiego i córka pocztowca Maksymiliana Cygalskiego. Otwieramy książkę „Dzieje Kartuz”.
Co najmniej 230 Polaków zostało zamordowanych jesienią 1939 roku w powiecie kartuskim. Największe straty poniosła inteligencja i tak zwane grupy przywódcze. Pierwszej publicznej egzekucji dokonano w Kartuzach 14 września – w lasku, w pobliżu Wzgórza Wolności. W celu zastraszenia mieszkańców przeprowadzono w mieście łapankę, w rezultacie której aresztowano 150 osób. Część z nich została zamordowana. Miejscem egzekucji było kartuskie więzienie, do którego zwożono aresztowanych z terenu powiatu. Jesienią 1939 przebywało tam około 4 tysięcy osób (..)
Dodajmy do tego wywózki do obozów koncentracyjnych i na roboty.
Rozpoczęło się zmuszanie do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. Sąsiedzi zbierali się - opowiada pani Koziarowska - i radzili, co robić. Niemcy byli dokładni, szli po kolei ulicami miasta od domu do domu i straszyli. Ludzie zaczęli ulegać.
Alfons listy nie podpisał. Aresztowano go w marcu 1941 roku. Matka poszła do wiezienia ze zmianą bielizny i jedzeniem.
- Mamo, co robić? - pytał.
- Musisz sam decydować - siłą powstrzymywała łzy. - Czeka cię albo Werhmacht albo Stutthof.
Brudna bielizna syna była pokrwawiona. Matka próbowała przez znajomych wyciągnąć go z wiezienia. Bez skutku.
Podpisał listę i wrócił do domu.
Wkrótce dostał powołanie do wojska.
Na dworcu w Kartuzach, jak wynika z opowiadań babci, Azio powiedział: albo wrócę w innym mundurze, albo nie wrócę wcale.
Pociąg ruszył, a chłopcy śpiewali: „Boże, coś Polskę” i „Serdeczna Matko, opiekunko ludzi, niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi”…
Zatem, jak już wiemy, mąż jednej siostry Alfonsa - pocztowiec Maksymilian Cygalski został rozstrzelany przez Niemców w Gdańsku. Mąż drugiej siostry Małgorzaty, Zdzisław Włodek brał udział w kampanii wrześniowej, cudem uniknął śmierci w Ostaszkowie, trafił do Andersa i wydostał się z ZSRR. Z wojskiem polskim przeszedł cały szlak bojowy, walczył pod Monte Cassino…
Alfons słał z Francji listy do Małgorzaty Włodkowej. Chciałbym nawiązać kontakt ze Zdzichem. Rodzina nie miała wątpliwości, że miał na myśli dezercję. Modlili się, żeby mu się udało.
Liebes Gretchen – zaczynał po niemiecku ze względu na kontrolę. I po kilku pierwszych zdaniach, przechodził na polski.
Listy Twoje są zawsze dla mnie pociechą i ostoją. Szkoda tylko, że nie można wyraźnie napisać o tym, co człeka nęka i gnębi.(…) Może dostanę urlop w styczniu lub w lutym, z czego się cieszę, lecz tylko w tym wypadku, o ile do tego czasu nic nie zajdzie w tym terenie! No i o ile uda mi się nawiązać łączność ze Zdzichem! Co nie jest wykluczone.

25 marca 1943.
Piszę w pociągu. Z Francji wyjechaliśmy 21 marca. Jesteśmy obecnie w Niemczech. Minęliśmy Drezno. Dokąd nas wiozą – nie wiadomo. Oficjalnie mówi się, że do Rosji. (…) Będzie jak Bóg da! W nim moja ostoja i nadzieja. Obecnie przejeżdżamy przez Śląsk. Całuję was wszystkich i polecam Matce Najświętszej. Aziu.”

18 kwietnia 1943
Zbliżają się święta… Myślę o Was. Wszystko pamiętam jak u nas było. Uroczyście i pięknie. Doceniam, co straciłem, bardzo mi ciężko. Czuję się jakbym był wyrwany z korzeniami, albo jakbym pływał w rzece bez dna.
Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z losem. Co też czynię. Da Bóg, że wszystko się przemieni na dobre. A wówczas człek zapomni, co go gniotło. Siedząc tu w dali, w ciemnej chacie rosyjskiej, słyszę dzwony bijące „Alleluja”. Pokój ludziom! A jednak ta sroga rzeczywistość zdaje się im urągać! Widzę jednakże jasność pokonującą ciemności. To jedyna moja pociecha i ostoja.
Ostatni list pochodzi z 1 maja 1943
Moi Drodzy! Jak zapewne się domyślacie, nie zawsze mogę pisać co bym chciał. Jestem nad Donem, co wiecie. Zawsze w rezerwie. Należę do szybkiego oddziału rowerowego. Dużo naszych przeszło i dlatego nam nie wierzą i obserwują!! Zobaczymy, co Bóg da. (…) Wiadomości żadnych, z wyjątkiem propagandowych. Jestem na tyłach, daleko od strzałów.
Możliwe, że w tym miesiącu się coś ruszy. Mam nadzieję, że Bóg i Matka Najświętsza mnie nadal prowadzić będą.
Czy jest nadzieja końca wojny w tym roku? Jaki duch tam u was? Piszcie ostrożnie, boję się kontroli. Aziu.”
Nie wiadomo, jak zginął. Jego matka długo miała nadzieję, że dostał się do niewoli i kiedyś go zobaczy.
- Niechby nawet bez ręki i z Kitajką, ale żeby wrócił - powtarzała często.
Pani Koziarowska pokazuje mi swój dziewczyński pamiętnik. Wpis z 18 maja 1942 roku:

Lecz zaklinam niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec
A kiedy trzeba na śmierć niech idą po kolei
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.

I podpis: Wujek Aziu

- Zginął w mundurze, którego nienawidził – ociera łzy pani Koziarowska. – I nie taki szaniec miał na myśli gdy cytował Słowackiego.
***

Wracajmy do Józefa Tuska.
W niemieckim archiwum w Berlinie znalazł się dokument wystawiony przez armię brytyjską. Gdy bowiem powojenne władze niemieckie chciały ustalić, co się stało z żołnierzem, który zniknął z ewidencji Wehrmachtu, Brytyjczycy poinformowali, że 24 listopada 1944 roku Józef Tusk trafił „to Polish Forces” czyli do Polskich Sił Zbrojnych.
A więc Józef Tusk w zapasowym batalionie szkolnym był od 2 sierpnia 1944 najdalej do 24 listopada tego roku. Niecałe cztery miesiące.

Za tydzień w „Rejsach” następny odcinek z cyklu „Józef Tusk i inni”.

Barbara Szczepuła

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3