Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Książki z zakurzonej półki. Artur Daniel Liskowacki: „Eine kleine”, postmodernistyczna zupa nic

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
Artur Daniel Liskowacki - prozaik, poeta, eseista, autor słuchowisk radiowych oraz książek dla dzieci. Publicysta i krytyk teatralny. Słowem pisarz totalny… Taki trochę szczeciński Janusz Rudnicki, trochę Stefan Chwin. Za to mentalnie - pełnowymiarowy Andrzej Szczypiorski.

Książki z zakurzonej półki. Artur Daniel Liskowacki: „Eine kleine”

Eine kleine to 17. książka w bogatym dorobku Liskowackiego. Wydało ją w roku 2000. szczecińskie Wydawnictwo 13 Muz. Rok później powieść dotarła do finału Nagrody Literackiej Nike. Zwycięstwo odebrał jej Jerzy Pilch i jego dzieło „Pod Mocnym Aniołem”.
To tyle tytułem wstępu…

A teraz wyobraźmy sobie taki przepis kulinarny. Gromadzimy na stole całodobowe pożywienie. Może być müsli z mlekiem, kawa ze śmietanką i kruche ciasteczka ze śniadania, potem rosół z kury, dobrze wysmażony schabowy, frytki, jakaś surówka: trochę kiszonej kapusty, ogórek, szczypiorek. Na deser kawałek sernika i herbata z plasterkiem cytryny. Wreszcie kolacja: kromka chleba z masłem i wędliną, druga z serem, trzecia z miodem. Na zakończenie kubeczek jogurtu. To wszystko rozdrabniamy w blenderze, wlewamy do wielkiej wazy, mieszamy chochlą i jemy po trochu - na śniadanie, na obiad, na podwieczorek, na kolację. Czy taki mix dałoby się przełknąć? Dlaczego by nie? Przecież składają się na niego same smakowite produkty. A że wymieszane niemiłosiernie... Taką właśnie metodę pichcenia literatury zastosował dwadzieścia lat temu Artur Daniel Liskowacki w swojej powieści „Eine kleine”.
Rzadko zdarza się trafić na książkę, która byłaby tak poszatkowana… Chronologia zdarzeń, dat, losów ludzi zdaje się autora kompletnie nie obchodzić. Zaczyna coś opowiadać, nie kończy. Przerzuca się o kilkanaście lat do przodu, do tyłu, zasypuje czytelnika nic nie znaczącymi nazwiskami, jakieś ciotki i pociotki głównych bohaterów… Przedzieranie się przez taką prozę to męka, większe utrudzenie, niż marsz przez tropikalną dżunglę.

Nie wiem po co Liskowacki wybrał taką, a nie inną koncepcję. Moda? Strach, że jeśli skonstruuje solidną fabułę, gdzie wszystko będzie poukładane jak należy, krytycy uznają go za pisarza staroświeckiego?

Była w malarstwie moda na taszyzm. Kreski, kropki, plamy, puste miejsca na płótnie… Twórcy puchli z dumy, teraz dopiero czuli się prawdziwie nowocześni. Już nie jakieś Rembrandty, czy van Goghi. Krytycy piali z zachwytu. Przeszło, przeminęło. Kto dziś pamięta o takich geniuszach jak Jean Dubuffet czy Jean Fautrier? A potem były instalacje. Stawiało się pośrodku sali wystawowej kupę żwiru, w niej płytę chodnikową, parę śrubek, jakiś balonik i dzieło gotowe… Niech się widzowie zastanawiają, co Pan Artysta chciał przez to powiedzieć. Ale przecież Liskowacki nie po to chyba zestawiał przez rok czy dwa literki w zdania, aby potem rozsypać czcionki?

Powieść porusza problemy poważne, udokumentowane, dwie dekady temu nowatorskie w polskiej literaturze. Więc po co autor pisał tak, jakby chciał zawęzić krąg swoich czytelników do lubujących się w udziwnieniach krytyków literackich? Nie mam prawdę mówiąc pojęcia.

Akcja „Eine kleine” dotyczy Niemieckiego Domu Kultury im. Przyjaźni Polsko-Niemieckiej w Szczecinie. Taki twór rzeczywiście istniał w latach 1949-1955, o czym wiedziało chyba niewielu. Dom Kultury zmarł śmiercią naturalną na skutek wysiedlenia resztek ludności niemieckiej ze Szczecina. Zaś polski opiekun tej placówki został aresztowany za nadużycia finansowe… Zamysł autora jest więc jak najbardziej czytelny. Zwłaszcza po sukcesach przekładowych z języka polskiego na niemiecki książek takich pisarzy jak Szczypiorski, Chwin, czy Krall… Liskowacki zapewne postanowił pójść ich drogą i zdobyć czytelnika zza Odry.

Napisał powieść tak, jakby ją pisał pisarz niemiecki. I to nie jakiś Günter Grass, który potrafił być aż nadto surowy wobec swych ziomków, lecz martyrologicznie, rzewnie. Tak żeby wzruszyć, żeby nawet neonazista mógł postawić to dzieło na półce.

Na obwolucie czytamy: „Eine kleine”, to pierwsza polska książka o niemieckim Stettinie i narodzinach Szczecina polskiego. Niestety jest to oczywista nieprawda, ponieważ „polskiego Szczecina” Liskowacki w ogóle nie pokazuje.

Poza złodziejem - opiekunem Domu Kultury, Polaków w powieści praktycznie nie ma. Są tylko gruzy martwiejącego miasta, po którym, jak duchy przemykają się jego dawni mieszkańcy. Głodni, obdarci, prześladowani, a przecież mimo to pragnący coś jeszcze dla tego miasta uczynić.

To oni utrzymują je przy życiu. Żaden z bohaterów Liskowackiego nie popełnił w latach wojny najmniejszej nawet zbrodni. Żaden nie ma wyrzutów sumienia. Żaden też nie zadaje sobie pytania: „czy to, co stało się z moim miastem, nie jest karą za zbrodnie hitleryzmu, za podpalenie przez nas Europy?”.

„Ale Leni nie umie lubić Rosjan także i dlatego, że nie lubi ich Władek. Pokazał jej na mapie ukraińskie miasto Lwów i powiedział, że tam się urodził, ale go stamtąd wypędzono. Leni mówiła o tym ojcu. A stary Wiese zaśmiał się nieprzyjemnie i oznajmił, że tak być powinno. I że Polaków trzeba by było wypędzić ze wszystkich miast, i szkoda, że Rosjanie tego nie zrobili... Jemu chleb dają akurat Rosjanie, a od Polaków nie chce nic, bo to lokajskie podnóżki. Sami wojny nie wygrali, rzucają się na to, co inny zdobył i choć po kątach obgadują Rosjan, że kacapy, to ręki, która im to wszystko podała, nie mają śmiałości ugryźć. Co było trochę prawdą, myślała Leni”.

Dziwnie brzmi ten akapit napisany piórem polskiego pisarza. Może tylko mnie kojarzy się z wazeliniarstwem, może za długo mieszkałem „pod niemieckim butem”. A może nie rozumiem postmodernizmu, całego tego bełkotu, w którym jedyną wartością jest jej brak. Może… Ale dla mnie literatura, to wciąż pewnego rodzaju posłannictwo wobec narodu. Własnego, a nie cudzego.
W czasach, kiedy Liskowacki pisał swoje „Eine kleine”, za wszystko wypadało przepraszać.

A za chwilę pewnie znowu będziemy się kajać. Za Holocaust, za wypędzenie Niemców, za psucie Unii Europejskiej. Za Psie Pole i Bolesława Krzywoustego też pewnie należałoby przeprosić, bo przecież polski król tylu dzielnych rycerzy cesarza Henryka V ubił.
Tylko Hiszpanie, Portugalczycy i Anglosasi nie muszą przepraszać za Indian, że ich wytępili i rozsiedli się na ich ziemi.
To samo Belgowie za Kongo, Francuzi za Algierię… Rosjanie zresztą też nie przepraszają, a mieliby za co… Taki jest świat, takie jest życie. Za cudze grzechy przeprasza słaby i pokorny, a silny i butny nie potrzebuje się nawet zastanawiać nad krzywdami przez siebie wyrządzonymi.

Nie mam pretensji do Liskowackiego, że poruszył temat powojennych wypędzeń. I nawet podziwiam mistrzostwo, z jakim potrafił wczuć się w psychikę Niemców, nie swojego przecież narodu, nie swojego języka.

Powiem nawet więcej, ta książka mimo niestrawnego miszmaszu, wzbudziła moje zainteresowanie. Porównując prozę autora „Eine kleine” z innymi „dziełami” tego typu, mogę nawet powiedzieć, że Liskowacki wykazał się pewną dozą tolerancji wobec Polaków.
Nie epatował jakoś specjalnie „wrodzonym” nam ponoć chamstwem, alkoholizmem, rasizmem i złodziejstwem… poza wspomnianym kierownikiem Niemieckiego Domu Kultury.

Mimo wszystko szkoda, że Artur Daniel Liskowacki nie zechciał wyważyć racji jednej i drugiej strony.
Właśnie z myślą o ewentualnym czytelniku niemieckim powinien był powiedzieć, że Polacy także zostali skrzywdzeni, nie mniej okrutnie niż Niemcy, a nawet bardziej…

Bo bez własnej winy. Jeden wtręt na temat „ukraińskiego” Lwowa to o wiele za mało.

CZYTAJ TAKŻE: Książki z zakurzonej półki: Eva Krutein i jej „Ucieczka z Gdańska”. Wojna Evy, prawdziwa historia przetrwani

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Ewa Wachowicz szaleje z piłą

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Książki z zakurzonej półki. Artur Daniel Liskowacki: „Eine kleine”, postmodernistyczna zupa nic - Dziennik Bałtycki

Wróć na pomorskie.naszemiasto.pl Nasze Miasto